I tak rok po roku przychodzi 1 listopada. Zacierają się nazwiska na nagrobnych płytach. Zacierają się wspomnienia...
Na ulicach tłoczno. A w krainie mijania zaklęte w dziwną ciszę żywotniki i brzozy. Wędrujemy. Po cmentarnych alejach. Pod stopami, szelest - liści. Serce osamotnione. Wszędzie kwiaty, kwiaty. Płonące wśród chłodu znicze...
Boli...nieobecność, kruchość, przemijanie, tajemnica, dorosłość...
Kwestujemy. By chronić od zapomnienia. Pamiętać. Szanować. I już migoczą ciepłym blaskiem lampki nadziei.
Jednak dzień po dniu ginie jakieś złudzenie. Rozpływają się zdarzenia. Odchodzą ludzie. Gasną pragnienia. Wartościują się ziemskie sprawy.
Łzy osuszone... zostają...
W lustrze życia odbija się ta wiadomość. Koniec. Niech, więc tak pozostanie. Bo właściwą odpowiedzią na wszelkie trudne sytuacje, jest łagodna akceptacja i nie zamykanie "otwartej czakry serca".
Komentarze:
Brak komentarzy