Wiosna. Ciągle nam przypomina, że niedługo będzie październik. Ale warto, choćby w ciepłej kurtce, pobyć gdzieś w zaciszu. W lesie, na łące, nad wodą. Pożółkłe kiście przekwitającej czeremchy, topoli. Wątłe brzózki. Pojękujące rybitwy. Szepcząca trzcina. Powracające krople deszczu. Fale. Zimne ręce. Jak zwykle. Cisza, nostalgia. Piękny smutek.
I nie ma życia bez słońca. Na dłużej. Dobrze, że w perspektywie Turcja. Wkrótce:)
A póki, co, trochę refleksji o trudach. Niewdzięczności. Braku polotu. Czucia. Lub raczej wygodnictwie. I niechęci do zmian. Tych, którym chyba dobrze. Tylko, co z tymi, którym boleśnie? Tylko, co z tymi licznymi, którym powinno i którym może być lepiej?
Constans – to słowo, które gdzieś na etapie szkolnym trafia do naszego słownika. Na lekcjach matematyki, fizyki. Bo to matematyczna wielkość. W trakcie rozważań przyjmuje się ją za stałą, niezmienną.
Jak uzasadnić chęć życiowego constans? U wielu. W praktyce. Przesadna ostrożność? Lęk przed ryzykiem? Niewiadoma? Lepiej niech nic się nie zmienia! Chociaż i tak, na co dzień, ciągła krytyka, niezadowolenie. Lepiej jednak, bezpieczniej pozostać przy starym? Lepiej zadawać sobie taki trud, by mężnie znosić bylejakość i przeciętność? Constans – akceptowana faza. Z myślą o własnej wygodzie. Bez wizji i perspektyw. Na przetrwanie. Po prostu...
Jest jeszcze constans wielkiego reżysera „moralna, wartości, która liczy się zawsze, na przekór sytuacji, w wielkim zamęcie”. I bardzo ważne, aby było takie constans. W nas. I tu i teraz. Za sprawą tej ziemi i nieba. Bo ziemia, to tylko jakieś constans na chwilę. A w końcu się jej nie zapakuje. Nie przewiezie. Poza granice. Nieznane. Nieodgadnione. Tam. Na drugą stronę...
Komentarze:
Brak komentarzy